Marni Kotak to artystka performerka, która lubi się otwierać na ludzi. Dosłownie oznacza to tworzenie “dzieł sztuki” dotykających najbardziej intymnych aspektów życia - od jej pierwszego seksu po pogrzeb ojca – wszystko da się przecież odtworzyć, zainscenizować, pokazać… Tylko po co?
Baby X
Takie pytanie nasuwa się na pewno w związku z najnowszym projektem Kotak: “Baby X”. Jakby nie było dość, że przez całą ciążę Marni organizowała różnego rodzaju “show” zgłębiając temat oczekiwania na dziecko do wnętrzności, to sam finisz postanowiła upublicznić w wersji na żywo. W jednej z nowojorskich galerii artystka przygotowała pokój, w którym znalazło się łóżko po babci, dmuchana wanna, osobiste fotki i wydruki z USG, a potem przez osiem godzin, jęcząc i stękając, na oczach setek przechodniów, którzy przyszli popatrzeć, wypychała z siebie 4,5 kilowego potomka.
Dziennikarka telewizji ABC News, która była na miejscu przyznaje, że spektakl był wzruszający i bardzo emocjonalny, ale niepozbawiony elementu zgorszenia. Bo poród nie jest aktem pięknym estetycznie i większość z nas ma pewne opory przed pokazaniem się mężowi w takiej spoconej, krwawej sytuacji, nie mówiąc o zupełnie obcych ludziach. Teoretycznie obie strony widowiska mają więc prawo czuć się niezręcznie…
Sztuka wyższa
Ale tymczasem Marni się produkuje ginekologicznie i jest z siebie dumna, a ludzie przychodzą – oglądać, kibicować, potrząsać głowami z niedowierzaniem. Artystka uważa, że to jest właśnie sztuka przez duże “S”, bo nic piękniejszego niż tworzenie nowego życia na świecie nie ma. Z tym trudno się nie zgodzić, ale czy taki fizjologiczny akt faktycznie można wrzucić do szuflady z Picassem, Matejką czy choćby Kozyrą? Według tej logiki pornografia jako obraz współżycia mogłaby być pretendentem do nowego fakultetu na Sorbonie…
Anonimowi ludzie pytani przez ABC News o zdanie byli zwykle dość ostrożni w osądach – poród postrzegali jako akt intymny, prywatny i nie bardzo pasujący do miejsc publicznych. I chwała Bogu!
Gdzie rodzić?
Marni porusza również inny temat w swoim “performance” – jej zdaniem porody przedstawiane w mediach jako medyczne pogotowie źle oddziałują na naszą mentalność. Rodząc w galerii a nie w szpitalu, z asystentką, a nie lekarzem, Kotak udowadnia, że to rzecz ludzka i nie musi być wcale tak bardzo sterylna i naukowa.
Kłopot z tym komunikatem jest taki, że nawet w krajach rozwiniętych porody domowe wciąż jeszcze kończą się śmiercią matki lub dziecka, lub przynajmniej poważnymi powikłaniami zdrowotnymi. Zawsze bowiem coś może pójść nie tak i sekundy do udzielenia specjalistycznej pomocy mogą decydować o życiu. Fakt więc, że jedna artystka z powodzeniem urodziła dziecko w plastykowej wannie w galerii nie powinien chyba przemawiać za domowymi porodami? A jak Wam się jawi rzeczywistość szpitalnych porodów?